środa, 30 lipca 2014

Mały Widzewiak

Los tak chciał że zostałam żoną kibica Widzewa. Oczywiście syn nasz z góry również został uznany za kibica.

Jako, że w weekend było święto Łodzi klub otworzył swój jeszcze stary stadion dla kibiców co by dzieci miały radochę i mogły pograć sobie w piłkę na prawdziwej murawie.

Gdy tylko mój luby się o tym dowiedział to spakował aparat, kazał Jaska w bodziaki widzewskie ubierać i zabrał nas na wycieczkę "krajoznawczą" po stadionie.





Taka, proszę Was bardzo sytuacja:)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Babcia wie lepiej

Ja swoją babcie pamiętam zupełnie inaczej. Moja babcia była kochana. Śpiewała piosenki, dawała cukierki, miziała po plecach na dobranoc. Była cudowna. Nie mogłam zrozumieć o co moi rodzice cały czas sie kłócili z tą wspaniałą kobietą. Teraz już wiem!

Babcia jest od rozpieszczania i od dobrych rad. I o ile jesteś wnuczkiem tej babci to wszystko jest w porządku. Cieszysz się z rozpieszczania i dziękujesz za dobre rady. Ale jeśli jesteś dzieckiem jednej z babć, a co gorsza synową to sprawa wygląda już zupełnie inaczej.

"-Mamo Jaś jest śpiący, nie śpi już od dwóch godzin.
- A gdzie tam, powiedz "Ja spać nie będę mama, będę się chichrał!"
- Mamo on się chichra jak się do niego mówi zawsze. Będzie problem z uśpieniem go jak go tak mama będzie zagadywać.
- No przecież widzę że jemu się nie ma na spanie! Oczy szerokie i się chichra i gada.
- No bo jak babcia zagaduje to gada. A Jakby babcia nie gadała tylko kołysała to by zasnął.
- Ty mi już nie mów co ja mam robić"

Jaś był śpiący. Babcia gadała i nie pozwalała Jasiowi zasnąć. Doszło do tego że ryczał pół godziny ze zmęczenia. Usypianie trwało 40 minut. Komentarz mamy - teściowej. "On był śpiący, za długo nie spał". No krew człowieka zalewa.

"- Mamo (tato) zostawcie Jaśka samego, gada sobie z listkami. Niech się trochę wyciszy
- Dziecko płacze a ja mam go zostawić.
- Ale Jasiek nie płacze tylko gada. Nie można tak cały czas nad nim stać, bo ja sobie później nie dam z nim rady sama w domu.
- Dasz dasz, dziadkowie są od rozpieszczania. Dwa dni i się Jasiek przestawi"

Tak, Jasiek się budzi, widzi babcie, kończy jeść widzi dziadka. I tak stoją całymi dniami nad nim i odejść nie chcą. Czasem złośliwie powie jedno do drugiego "Nie idź tam niech sobie leży" Z tym że po minucie już oboje do niego gadają.

Dlaczego dziadkowie nigdy nie słuchają tego co rodzice mówią? Dlaczego nie potrafią zastosować się do poleceń? Jak wiadomo każde pokolenie wychowuje swoje dzieci inaczej. Ale rodzic to jest rodzic i Dziadkowie powinni dostosować się do ich trybu wychowywania.

Najbardziej mnie rozbraja też to że babcia zawsze ma inną historię byle by do sytuacji pasowała. Taki przykład.
Jasiek na początku dużo płakał był dość niespokojny. Babcia chodziła i mówiła "Kto to słyszał żeby dziecko tak płakało, żeby się same sobą nie potrafiło zająć. Mój R. sam sobie leżał ja czasami zapominałam że dziecko mam. Żeby tak cały czas go nosić i do niego mówić, nie do pomyślenia"
A teraz:
"Mamo zostaw Jasia niech sobie poleży.
-Dziecko nie może być samo, trzeba do niego dużo mówić
-tak trzeba ale czasem musi też się wyciszyć. Przecież R. jak był mały to też sam sobą się zajmował.
- Niee, cały czas ktoś przy nim był."

I bądź tu człowieku mądry, która historia jest tą prawdziwą?

A najbardziej mnie denerwuję jak słyszę.
"- Mama taka nie dobra. Każe dziecku leżeć a ja chcę gadać. Bo ja jestem towarzyskie dziecko
- Mamo proszę nie mów tak.
- Oj tam dziecko jeszcze nie rozumie
- Może i dziecko nie rozumie ale babci wejdzie w krew i będzie tak mówiła "Mama nie dobra. Ja bym Ci dała Ale mama nie pozwala" Nie można podważać mojego autorytetu.
- Nic mi w krew nie wejdzie."

I jak tu być matką gdy to babcia jest najmądrzejsza i wie wszystko najlepiej?

Musze oczywiście podkreślić, że moja teściowa to złota kobieta jest. Nie mogę narzekać na nią jako teściową. Naprawdę zawsze bardzo ja lubilam i lubić będę. Wydaję mi się że z wzajemnością. Ale temat Boba naszego zawsze mocno zaostrza atmosfere. I chyba się to nigdy nie skończy. więc Musiałam wylać swoje gorzkie żale. Co by mi lżej na żołądku było, i żebym nie wypaliła czegoś czego nie powinnam przy porannej kawce.

Tak nadal siedzimy u teściów, i nadal spod orzecha pozdrawiamy;]

środa, 23 lipca 2014

Być jak Bree

Małe dzieci lubią marzyć. Najczęściej marzą o tym kim będą jak będą dorosłe. Małe dziewczynki najczęściej marzą o tym że zostaną księżniczkami, piosenkarkami albo aktorkami. Czasem zdarzy się też taka która chce zostać nauczycielką albo weterynarzem. A już co druga marzy o tym by być taka jak jej mama.

Jako mała dziewczynka nie marzyłam o tym żeby zostać księżniczką. No dobra marzyłam, ale znałam realia ówczesnego życia i wiedziałam że pulchna księżniczka nie ma dobrego startu ani siły przebicia, więc zalałam to całe księżniczkowanie.

Marzeń o tym kim będę w przyszłości kilka było. Chciałam być piosenkarką - nie wyszło. Skończyło się na kilku latach w chórze ale niestety zaprzepaściłam swój talent. Teraz jestem piosenkarką dla VIPowej dwuosobowej widowni (Bob i R.).

Chciałam też zostać wybitną pianistką ale to marzenie również spaliło na panewce gdy po kilku latach nauki rzuciłam klawisze dla chłopaków. No cóż w młodości, a właściwie w dzieciństwie, popełnia się błędy których się później żałuje. Ale ten kto niczego nie żałuje ten niczego nie przeżył.

Były marzenia o podróżach. W szczególności o przemierzeniu Doliny Amazonki z maczetą w ręku. Skończyło się jednak na jednej wycieczce do Tunezji i niezliczonej ilości wypadów w Tatry moje ukochane, tudzież inne zakątki Polski.

Ale miałam też jedno marzenie które zupełnie nie wpisuje się w dzisiejsze czasy. Mianowicie- zawsze chciałam być kurą domową. Taką jak z h`amerykańskich filmów z lat 60., w kraciastej sukience przed kolano przepasanej fartuszkiem. Ze sznurem pereł na szyi. Z nienaganną fryzurą - w koczek, w kucyk, rozpuszczone z przepaską. W idealnym makijażu podkreślającym delikatną urodę. Ze wspaniałą figurą. Z wiecznym uśmiechem na twarzy. Podająca dzieciom i mężowi świeżo upieczone cieplutkie muffiny na deser.
Taka Bree Van De Camp ze zdesperowanych



Tak. Tak właśnie wyobrażałam sobie siebie w przyszłości. Nigdy nie miałam parcia na karierę. Praca na najwyższym piętrze szklanego wieżowca, w idealnie skrojonej garsonce, w open space office, z przystojnym szefem i innymi korporacyjnymi zombie na etacie nie jest dla mnie.

Gdybym talentu muzycznego nie zaprzepaściła to może z pasji pracę bym zrobiła. Bo każdy to wie, że trzeba robić to co się lubi i umie robić. Ale że muzykę opuściłam za młodu a innych pasji brak to i miejsca na pracę w moim życiu nie ma.

Chociaż trzeba tu zadać pytanie czy praca gospodyni domowej nie jest pracą? Czy przypadkiem nie jest jeszcze cięższą pracą niż wprowadzanie numerków w excela? Ja to się zastanawiam dlaczego kobiety pracujące w domu i dla domu nie dostają wypłaty. Albo dlaczego mężowie perfekcyjnych pań domu nie dostają z automatu wyższych pensji aby żonie dać "kieszonkowe." 
Ale ja przecież nie o tym.

No i udało się. Marzenie spełnione, tylko tak coś nie do końca. Właściwie to tak nawet nie w połowie. Z całej tej pięknej wizji to jestem żoną, mamą i w domu siedzę.

Sukienkę w kratkę zastępuje wyciągnięty dres, więc i mój piękny różowy fartuszek nie jest potrzebny bo na dresie plamy ze szpinaku aż tak bardzo nie rażą. Na szyi z biżuterii to mi tylko młodzież wisi w chuście. Fryzury nie powstydziłby się nawet Robert Pattison, który preferuje śmietnikowy styl. Kucyk koczek a i owszem, ale włosy myte tydzień wcześniej więc przetłuszczone i siwe (tak tak, można osiwieć w wieku 16 lat) z całą pewnością daleko im do nienaganności. Makijaż, a nawet czasem się zdarzy. Przez 3 dni ten sam, póki się w poduszkę nie wytrze. O figurze to chyba nawet nie muszę wspominać - 20 kg nadwagi wspaniałe nie jest. Z tym uśmiechem różnie bywa. Częściej jest niż go nie ma, ale jak już go nie ma to wyję jak wilk do księżyca. A co do muffinów to wiecznym wytłumaczeniem moim jest że przecież nie mam piekarnika a w UFO-prodiżu muffiny się nie upieką. Poza tym jakbym te placki i ciacha piekła to z 20 kg zrobiło by się 50. 
Z tego obrazka idealnej housewife mam tylko uśmiech i pomalowane paznokcie.

Znacie to powiedzenie że kobieta powinna być niczym kucharka w kuchni, dama w salonie i kurwa w sypialni? Z tych wszystkich trzech ja tylko w ostatnim przypadku się sprawdzam, chociaż po porodzie to i tej kurwy we mnie za dużo nie ma bo przecież dziecko w drugim pokoju śpi i to tak nie wypada.

A jak wygląda dom perfekcyjnej pani domu? Na pewno nie tak jak u pani Małgorzaty R. bo z tego co wiem w studiu nagraniowym się nie mieszka. A odcinki z całą pewnością u niej w domu kręcone nie były. Ale ja znów nie o tym.

Dom perfekcyjnej Pani domu. W wazonach świeże kwiaty, w donicach soczyście zielone liście. Wszędzie porozstawiane świece i suszone płatki kwiatów w szklanych kulach. Pięknie wypastowane parkiety. Eleganckie meble bez ani jednego pyłku kurzu, nawet na najwyższej półce. Stylowe zasłony w oknach. Kuchnia lśniąca. Lodówka pełna zdrowych posiłków i przekąsek (plus piwo dla Pana domu). Wnętrza pachnące świeżym ciastem, albo tymi muffinami co to nimi później męża i dzieci karmić będzie. Świeże soczyste owoce na wysokich platerach. Zawsze gotowy na przyjęcie niespodziewanych gości.

A jak wygląda dom Zakochanej? Bardzo podobnie. Tylko może bez tych lśniących parkietów i mebli bez kurzu. W lodówce w sumie najczęściej jest światło i musztarda. Świec i szklanych kul to może nie mam ale dokumenty, lakiery do paznokci i inne ‘bibeloty” wytwornie zdobią półki. Zamiast zasłon eleganckie rolety w eleganckim żółtym kolorze. Wnętrze pachnie oliwką dla dzieci i praniem, ewentualnie zalatuje od czasu do czasu psem. A niezapowiedziani goście jak już się zjawią to zanim wjadą na 8 piętro windą to zdążę ogarnąć w gustowny sposób cygana z podłogi.
Mam duszę artystki to i w moim domu panuje artystyczny nieład.


Ot taka ze mnie kwoka domowa. 

wtorek, 22 lipca 2014

spod orzecha

Tak sobie siedziałam i robiłam rekonesans  tego mojego półrocznego blogowania i zauważyłam jedno. Blog jakoś stał się mi obcy. Przestałam pisać swoje "o wszystkim i o niczym". Chyba sama do końca nie wiem czego oczekiwałam od tej swojej małej przestrzeni. Chciałam pisać rzeczowo, chciałam żeby był o czymś a nie tak o niczym.

No i cała przyjemność z pisania, poszła w pizdu.

I zadałam sobie pytanie. Po co mam spędzać pół dnia na pisaniu czegoś czego kompletnie nie czuje? Po co mnie i innym na blogu rzeczowe informacje, które ze spokojem można znaleźć w wyszukiwarce, wikipedii lub na innych blogach. Po co po raz kolejny odgrzewać kotleta? Blogów fitnessowych i mam wracających do formy jest całe mnóstwo. Owszem blogów parentingowo lifestylowych również, ale każdy z nich jest inny, każdy niepowtarzalny. I taki właśnie chce aby był blog Zakochanej.

Także wszem i wobec ogłaszam! Koniec tych suchych postów których ostatnio kilka popełnilam. Bo Ani ja się w nich nie czuje, ani pewnie sie ich dobrze nie czyta.

Oczywiście będę pisała jak tam mój powrót do formy przebiega, ale bardziej po swojemu. We Freestylu czuję się najlepiej ;)

Postaram się również aby ta moja aktywność na blogu była bardziej aktywna, bo coś ostatnio nie często tu zaglądam. Ale to się pewnie łączy z tym że blog stał się dla mnie bardziej obowiązkiem niż przyjemnością.

Zakochana wraca na swoje tory;]



Spod orzecha w Justynowie serdecznie pozdrawiamy!

piątek, 18 lipca 2014

A co właściwie u nas słychać

No więc właśnie, dawno nic nie pisałam o tym co tu u nas sie dzieje.

Johny ma już ni mniej ni więcej 14 tygodni. Matko jak ten czas leci. Waży już 7 kg, a pamiętam jak jeszcze niedawno straszyli nas tym że Bob niedożywiony i trzeba będzie dokarmiać. 

Karmimy się cały czas piersią, i coraz bardziej mi się to podoba. Jest to taki cudowny moment zespolenia mamusi z synkiem. Z tym że synek coraz bardziej ruchliwy i już nie leży tak spokojnie w ramionach mamusi. 

Bob jest teraz bardzo aktywnym chłopcem. jego drzemki ograniczają się do 2-3 półgodzinnych odpoczynków w ciągu dnia. A poza momentami w krainie snów Johny bardzo dzielnie spędza czas sam ze sobą. Nie jest bardzo absorbującym niemowlakiem. wystarczy go położyć na macie albo na zwykłym kocyku i zajmie się sam sobą. Bawi się rączkami, albo na macie chwyta zawieszone łańcuchy lub przegląda się w lusterku.

No i weszliśmy w etap gdy Johny bardzo usilnie próbuje przekręcić się z plecków na brzuszek. Niestety jeszcze mu to nie wychodzi, i bardzo go to irytuje. Denerwuje się sam na siebie okrutnie. Czasami daje za wygraną i po prostu leży sobie pokręcony w dwie strony, a czasem próbując poderwać główkę, krzyczy  wniebogłosy "Mamo nie umiem!" 


Jak już mamusia pomoże się na ten brzuch przekręcić, to różnie to bywa. Czasami rozgląda się aż miło unosząc główkę bardzo wysoko, i cieszy się tym. a czasami po prosty leży i zasuwa piąstkę aż cmoki słyszę z kuchni. 

Od kilku tygodni nosimy też pieluchy wielorazowe, nareszcie zawartość przestała wypływać bokami, i jesteśmy bardzo z nich zadowoleni. 



Często nosimy Boba w chuście (choć zdecydowanie rzadziej niż kilka tygodni temu, czyli odkąd Johny potrafi sam sobą się zająć), ale udaje nam się również uskuteczniać spacery w wózku, i zaczęło się to młodzieży podobać, i nawet zaśnie w wózku.

Bob zaczyna już trochę bardziej przypominać mnie. w sensie już nie jest w 100% odbiciem lustrzanym R. jak to było do tej pory. Teraz wyraźnie widać cechy moje i R. 

Z ważnych wydarzeń w życiu Johnego miały miejsce dwa spotkania. Jedno spotkanie było z prababcią, jedną jedyną która jeszcze żyje. Oraz spotkanie ze swoją siostrą Frajdą. Naszą amstaffką, która od 5 miesięcy przebywa u teściów.




A z przykrości to wynikiem tego że Bob tak szybko rośnie, coraz to nowe-stare ciuszki lądują pod łózkiem. Już tyle moich ulubionych bodziaków zostało schowanych w oczekiwaniu na kolejnego potomka. Jak Johny będzie rósł dalej w takim tempie to niedługo skończą nam się ciuchowe zapasy. a mamy je aż do rozmiaru 92/96.

 


To tyle z tego co u nas.